Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szacunek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szacunek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 stycznia 2011

dignity

There were not many other captains he would care to be with on a jaunt like this one; in fact Mr Ramage was the only one he could think of. All the rest would be stiff and sort of gritty, like dried sand on the deck after holystoning; the idea od having to share room with a common seaman - well, demmit, sir! That was what made Mr Ramage the Captain he was: it all came natural to him - joking with the men, sharing a room wit one of them when necessary, and all the rest that went with it. Dignity - that was it. Any of those other captains would lose their dignity if they did that; thay would find the men getting familiar. It did not work that way with Mr Ramage, though; if antyhing, it worked the other way - he gained in dignity because he had the men's respect. Assured of himself, he was, as if he wore his assurance like a skin and never realized he had it, and because of that was not for ever scared of losing it. It was only whores who kept harping on their virginity.

Dudley Pope: "Ramage and the Guillotine", chapter twelve.

niedziela, 16 stycznia 2011

Acheron

fZarówno oba brzegi jak i wody rzeki, po której płyniemy, są głucho czarne. W powietrzu nie unosi się absolutnie żaden dźwięk oprócz cichych, pojedynczych chlapnięć wody spod którejś z pięciu łodzi.

W powietrzu chyba unosi się lekka mgła, ale nie mam pewności, ponieważ jest prawie absolutnie ciemno. Bardziej niż widzę wyczuwam obecność pozostałych osób. Stoję na dziobie pierwszej łodzi i wiem, że na każdej innej też ktoś stoi. Ufam im i wiem, że oni tak samo ufają mi. Bezgranicznie. Płyną tu za mną i nie mam na myśli tego, że to moja łódź płynie pierwsza. Gdyby nie ja, nie byłoby ich tu. I chyba wcale nie jest mi z tym lepiej.

Dźwięki, na początku tak ciche i niewyraźne, że możnaby je z łatwością uznać za wytwór zmęczonej wyobraźni. Po chwili coraz wyraźniejsze, przechodzą w ciche bulgotanie. Bezgłośnie tworzymy z łodzi pięciokąt tak, aby bulgot dochodził spomiędzy nas, z samego środka. Nikt nic nie mówi, nie ma takiej potrzeby - rozumiemy się bez słów. Wyciągam swoją laskę w kierunku środka pięciokątu. Reszta na pewno robi to samo.

Bulgot staje się jednostajny, spokojny, wręcz usypiający.
- Acheron chyba nas tu nie chce.
- My jego też nie. Ale nie mamy innego wyboru.

Ogień. Oskarżenie. Zapomnienie. Lament.
Jeszcze trochę i wypłyniemy stąd. Tyle mamy za sobą, już tak niewiele nam zostało.

Być może opuścimy to miejsce w sensie geograficznym. Jednak dobrze wiem, że już na zawsze ono pozostanie w nas. Mówią, że bez cierpienia nie zrozumie się szczęścia. Będąc tu ciężko w to uwierzyć. Mimo to - wierzymy.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

napoczęta butelka mleka, kilka konserw i dwa opakowania ciast.

Śnieg. Płatki bieli wirują wokół mnie. Czuję, jak ten mróz przenika mnie, oplata moje serce. Jakie to wszystko ma znaczenie? Przynajmniej wzrok wciąż pozostaje sokoli.

A jest co podziwiać. Stoję na środku białego pustkowia, śnieg sięga mi ponad kostki. Nie jest mi jednak zimno - moje bardzo ciężkie buty, moje wysłużone, ale wciąż sprawne spodnie, wreszcie moja najlepsza kurtka - bardzo skutecznie odgradzają mnie od świata zewnętrznego. I za to je uwielbiam. Mało mam swoich rzeczy, które darzyłbym tak olbrzymią sympatią ...i wręcz szacunkiem.

Za mną oszronione drzewa, przede mną rozpościera się dziewiczo biała polana. Gdzieś poniżej opuszczona chata, a przede mną stateczne, majestatyczne szczyty. Są tu od zawsze, każdego roku tak samo przybierając się w tą dumną biel.

Czym jest miłość? Tęsknota? Po co nam bliskość?
"Życzę Ci dużo miłości..."
Po co nam ta miłość? Co tak na prawdę kochamy?
Za czym tak tęsknisz?


Odruchowo sięgam opatuloną ręką do górnej kieszeni i ostrożnie wyciągam to, co znalazłem w środku. Ten sam list, który przyszedł do mnie przed wieloma dniami. Ta sama pieczęć, którą w tak wielkim pośpiechu i z niecierpliwością przełamałem. I to samo jedno zdanie na tym pomiętym już pergaminie: "Odpowiedź przyjdzie w czasie późniejszym."






Słyszę nawoływania. Grupa odeszła już dosyć daleko. Stałem jak słup soli tak długo, że już ktoś zdążył po mnie wrócić. Stojąc kilka kroków nade mną z uśmiechem podaje mi rękę. Podaję rękę i odwzajemniam uśmiech, ale spojrzenie błądzi gdzieś w okolicy kolan.

Do pewnych rzeczy potrzeba cierpliwości, a ja chyba nie lubię czekać. Jak można się angażować tylko połowicznie? Z dwojga złego wybierz więc mniejsze zło. I postępuj odpowiedzialnie.

Zanim z pośpiechem ruszę dalej, odwracam się raz jeszcze za siebie. Myśl jak jaskółka szybko przelatuje przez głowę:
Nie za czym, a za kim.