Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tęsknota. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tęsknota. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 kwietnia 2011

piegi

Chodniki po raz kolejny okryły się wiosennymi piegami. Ludzie szybkim, ale niespiesznym krokiem przemierzają przestrzenie, jakby trochę rozkoszując się tym wiosennym deszczem. W powietrzu unosi się zapach mokrego piasku - obietnica lata, składana jak przez niepewną wiosnę.

Sterczę w tym betonowym okienku i wychylam głowę jak najdalej, żeby krople dosięgnęły też mojej, wysuszonej skóry.
Wiatr się wzmaga, a piegi znikają, skutecznie zaciemniając całą powierzchnię szarych płyt.

Z lekką rezygnacją przymykam okno. Wyruszmy nad rzekę, w góry, do lasu! Rozbijmy namiot, rozpalmy ognisko, wędrujmy! Uciec z tego betonowego okienka, wyrwać się, iść bez kresu! Wdychać świeże powietrze, czuć zmęczenie i radość!
Nie dziś, znowu nie dziś.

wtorek, 1 lutego 2011

syndrom dnia następnego

W takie dni jak ten słońce zawsze świeci przytłumionym światłem, jak na wakacyjnych widokówkach sprzed wielu lat. W dyskretnym, żółtawym odcieniu sepii. W dni takie jak ten horyzont potencjalnych działań jest nieskończenie szeroki. Ludzie na ulicach chodzą lekkim krokiem, z lekko zamglonym wzrokiem utkwionym gdzieś w bliżej nieokreślonej oddali i tajemniczym uśmiechem błądzącym na ich zagubionych twarzach. Muzyka ma nieskończenie idealny, wyważony smak. Lekko przeskakuje po kolejnych samplach niczym baletnica w perfekcyjnym tańcu.

W dni takie jak ten mógłbym przeczytać wszystkie maile od Ciebie, głęboko smakując je całymi frazami Twoich zdań. Odkrywając nieodkryte niuanse, wyławiając na wierzch niesamowitą głębię Twoich słów. Nasze wspólne wspomnienia jawią się mi wtedy jako wielkie ciepłe morze, po którym bez przeszkód można pływać wpław.

W takie dni niebo jest zawsze gwiaździste, a powietrze tak czyste i rześkie. Każda chwila ma magię cudownej fotografii, a ludzie są szczęśliwi będąc po prostu sobą. To właśnie w taki dzień Marco Polo wstał z miejsca i wyruszył w swoją podróż do Chin.





Tak bardzo nie znoszę tych dni, gdy nie robię totalnie nic, smakując każdą mijającą okazję.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

napoczęta butelka mleka, kilka konserw i dwa opakowania ciast.

Śnieg. Płatki bieli wirują wokół mnie. Czuję, jak ten mróz przenika mnie, oplata moje serce. Jakie to wszystko ma znaczenie? Przynajmniej wzrok wciąż pozostaje sokoli.

A jest co podziwiać. Stoję na środku białego pustkowia, śnieg sięga mi ponad kostki. Nie jest mi jednak zimno - moje bardzo ciężkie buty, moje wysłużone, ale wciąż sprawne spodnie, wreszcie moja najlepsza kurtka - bardzo skutecznie odgradzają mnie od świata zewnętrznego. I za to je uwielbiam. Mało mam swoich rzeczy, które darzyłbym tak olbrzymią sympatią ...i wręcz szacunkiem.

Za mną oszronione drzewa, przede mną rozpościera się dziewiczo biała polana. Gdzieś poniżej opuszczona chata, a przede mną stateczne, majestatyczne szczyty. Są tu od zawsze, każdego roku tak samo przybierając się w tą dumną biel.

Czym jest miłość? Tęsknota? Po co nam bliskość?
"Życzę Ci dużo miłości..."
Po co nam ta miłość? Co tak na prawdę kochamy?
Za czym tak tęsknisz?


Odruchowo sięgam opatuloną ręką do górnej kieszeni i ostrożnie wyciągam to, co znalazłem w środku. Ten sam list, który przyszedł do mnie przed wieloma dniami. Ta sama pieczęć, którą w tak wielkim pośpiechu i z niecierpliwością przełamałem. I to samo jedno zdanie na tym pomiętym już pergaminie: "Odpowiedź przyjdzie w czasie późniejszym."






Słyszę nawoływania. Grupa odeszła już dosyć daleko. Stałem jak słup soli tak długo, że już ktoś zdążył po mnie wrócić. Stojąc kilka kroków nade mną z uśmiechem podaje mi rękę. Podaję rękę i odwzajemniam uśmiech, ale spojrzenie błądzi gdzieś w okolicy kolan.

Do pewnych rzeczy potrzeba cierpliwości, a ja chyba nie lubię czekać. Jak można się angażować tylko połowicznie? Z dwojga złego wybierz więc mniejsze zło. I postępuj odpowiedzialnie.

Zanim z pośpiechem ruszę dalej, odwracam się raz jeszcze za siebie. Myśl jak jaskółka szybko przelatuje przez głowę:
Nie za czym, a za kim.

wtorek, 30 listopada 2010

Lubię wracać w miejsca, w których mi było dobrze.

Zamek w drzwiach był chyba nie używany przez długi czas. Klucz pod naporem wreszcie przeskakuje, wydając głośny zgrzyt. Przez chwilę boję się, że złamał się w środku, jednak drzwi ustępują. Podłoga lekko skrzypi. Możliwe, że zawsze tak było, jednak nigdy nie było tu tak absolutnie cicho... Zastałe, nagrzane powietrze ma ten przytłaczający zapach, od którego kręci się w głowie, a serce zaczyna szybko i ciężko bić. Zapach tajemnicy. Jak wtedy, w domu dziadka, kiedy zakradałem się do starego pokoju babci na piętrze. Zmarła niedługo po moich trzecich urodzinach i pozostała dla mnie bardziej odległym wspomnieniem niż realną osobą.

Wtedy, w tamtym pokoju na piętrze mogłem mieć sześć, może siedem lat. Dziś... Dziś mogę śmiało powiedzieć, że to było już kilkadziesiąt lat temu. Mimo to przez chwilę boję się i tracę całą pewność siebie, zanim zrobię kolejny krok naprzód.

Pomijając fakt, że prawie nic tu nie ma, to niewiele się tu zmieniło. Oprócz tego zniszczonego taboretu wszystkie meble zniknęły, ale ściany wciąż mają ten sam brudno-brązowy kolor. Może trochę bardziej szary. To pewnie sprawka tego wszechobecnego kurzu. W drzwiach po prawej brakuje szyby. Ja jednak konsekwentnie skręcam w lewo.
To mieszkanie ma wiele zakamarków. Mimo to ani chwili się nie waham i idę wprost do tego pokoju. Powolnym krokiem, pilnując oddechu i rytmu serca podchodzę do ostatnich drzwi. Głęboki wdech. Na chwilę zamykam oczy, kiedy poczuję pod dłonią zimną miedź klamki. Otwieram oczy i zdecydowanie naciskam. Drzwi ustępują prawie bezgłośnie, a mnie zalewa fala światła. Południowe okna dają tu mocny kontrast z tym mrocznym, ponurym korytarzem.

Ważąc każdy krok wychodzę na środek pokoju. Drobinki kurzu wirują wokół mnie jak świetlny pył. Wciągam mocniej powietrze nosem, ale te zapachy już dawno uleciały; nie ma ich. Mimo to czuję się, jakby to wszystko działo się wczoraj. Nie ma biurek, nie ma szafek obrazów ani plakatów. Zostały tylko stelaże łóżek i ten śmieszny fotel na środku z urwaną nóżką. Pamiętasz, zawsze rysował podłogę, kiedy zbyt mocno go przesuwaliśmy.
Siadam więc w nim, zapatrzony w brudne okna. W sumie nie palę. Ze zdumieniem odkrywam popielniczkę przytuloną na ziemi do prawej krawędzi fotela. Ciekawe jak dawno zostały wypalone te pety. Z mglistym spojrzeniem wyciągam paczkę, wsuwam do ust, odpalam. Dym unosi się nad moją głową tworząc fantastyczne wzory. W tym świetle, w tym gęstym powietrzu wygląda to na prawdę wspaniale.

Tak, na prawdę lubię wracać w miejsca, w których było mi dobrze. I nie liczy się czas, który upłynął. Nie liczy się to gorzkie uczucie doświadczenia, które przyszło później. Liczy się tylko ten stary fotel na środku pokoju. To światło...

piątek, 22 października 2010

jesień

"Ten samochód jest strasznie przeciążony. A wiesz dlaczego? Ponieważ nosisz problemy całego świata na swoich ramionach."


Bardzo piękną mamy jesień tego roku. Te pełne słońca, złote liście, które jeszcze nie opadły... Mogłabym patrzeć na to godzinami. Żałuję, że nie mamy jeszcze tego domu. Ubrałbym się ciepło, siadł na tarasie i popijał herbatę. Z mlekiem. I cukrem.

Siedziałbym, powoli śledząc ruch słońca po nieboskłonie. Trajektorię lotu spadającego liścia. Źdźbła trawy muskane lekkim wietrzykiem.

Jezu, jaka ta jesień jest piękna.



Są takie chwile, kiedy wszyscy są daleko. Nie dlatego, że tak chcą. Po prostu tak wyszło i nie da się tego zmienić.

Są takie chwile, kiedy spokojna bliskość oznacza więcej, niż całe tomy słów. Są takie chwile, gdy potrzebujesz szczerej rozmowy, ale wokół są tylko opadające liście.



Bóg dał nam czas. Razem z nim podarował dwa błogosławieństwa:

Nie znamy przyszłości.
Przeszłości nie da się zmienić.

Sytuacja nie mogłaby być prostsza. Każdy jest odpowiedzialny za to, co zrobił. Każdy sam dorzuca sobie ciężary problemów na swoje ramiona.