środa, 25 listopada 2009

błąd / alter ego

Jest godzina 12:37. Stojąc pod prysznicem w strumieniach ciepłej wody zastanawiam się, gdzie popełniłem błąd i odpowiedź wydaje się być aż nazbyt oczywista. Właśnie dlatego jest to dla mnie takim problemem.

"Myślisz, że zrobiłem źle?"
"Nie zawsze, gdy jest jakiś problem, musi to być twoja wina. Inni to też ludzie i też popełniają błędy."
"A co ty byś zrobił na moim miejscu?"
"Ja już swoje zrobiłem. Nie obwiniaj się."

*
To było w pierwszych latach podstawówki. Siedziałem na podwórku, kiedy podbiegł do mnie M. i pyta: "Masz swoje alter ego?" Nie wiedziałem, o czym mówi, więc mi powiedział: "Czytałem wczoraj z tatą komiksy i wiesz, Kaczor Donald ma swoje alter ego. Więc ja też chcę mieć. Chcesz mieć swoje alter ego razem ze mną?"
Nie mam pojęcia, co się później stało z M. i jego alter ego. Kiedy przeprowadziłem się pod koniec drugiej klasy podstawówki straciliśmy ze sobą kontakt. Ale my wciąż mamy się dobrze.
*

Spłukuję szampon, zakręcam kurki.
Zawsze rozsuwam zasłonkę tak samo szybko i energicznie. Czuję, że zmyłem z siebie brud winy. Ochoczo sięgam po ręcznik i zawsze robię to zbyt szybko, strącając wieszak. Wycieram włosy używając wiele siły, jakbym chciał wetrzeć sobie w głowę nowe pomysły i postanowienia.

środa, 16 września 2009

BRNWC

Od wczoraj mieszkam na stałe w Bronowicach. W zajebistym składzie, w ciasnym mieszkaniu. Kiedy zostałem tu sam (bo wszyscy akurat gdzieś wyszli), pierwszy raz w życiu w takiej sytuacji poczułem, że brakuje mi czyjegoś towarzystwa i że fajnie by było, gdyby jednak ktoś wrócił już na mieszkanie (do domu?). Czyżbym znalazł godny przystanek w czasie tułaczki? ... :)

poniedziałek, 14 września 2009

pod ostrzem z galarety

Od tygodnia zabieram się, żeby napisać jakąś notkę i wciąż mi nie wychodzi. I co kilka dni przychodzi mi do głowy kolejny, wspaniały pomysł, którego jednak nie realizuję. A wszystko dlatego, że musiałbym wtedy opisać nadchodzące egzaminy i moje przygotowania do nich. I wyszłoby na jaw moje lenistwo i ignorancja.

Pomimo nieustającego upływu czasu czuję się jakbym chodził wciąż w galarecie - wiszące nade mną ostrze egzaminów sprawia, że wszystko wokół się rozmywa. Zagrożenie ze względu na swój nieprzerwany charakter powoli traci na znaczeniu.

Od tygodnia siedzę wciąż w domu. W teorii powinien być to czas intensywnej, nieomal nieustającej nauki. Tak samo z resztą, jak poprzedni tydzień w Żylinie - albo i bardziej. Już na samym początku, zaraz po przyjeździe, przyjąłem sobie drakoński plan, który z całą sumiennością zamierzałem zrealizować. Z pewnymi mniej lub bardziej drobnymi potknięciami udawało mi się go trzymać przez pierwsze dwa dni. Środa była już luźniejsza, ale cały czas nie było się czego wstydzić. W czwartek przyszło chorobliwe osłabienie, które zmąciło mój rytm aż do soboty. A potem weekend... przecież nie było warunków, tyle ludzi w domu (to nic, że mój pokój jest od niego szczelnie odgrodzony).

I tak od kilku dobrych dni wielokrotnie więcej czasu niż nad książkami spędzam przed komputerem. I mógłbym na tym wyznaniu poprzestać - z jednej strony przyznałem się już do winy, z drugiej strony wciąż jeszcze nie zdradziłem najbardziej drażliwego szczegółu wystawiającego mnie na publiczne pośmiewisko. Bo sam fakt spędzania czasu przed komputerem w dzisiejszych czasach wcale nie jest niczym dziwnym (swoją drogą bardzo żałuję, że program moich studiów uniemożliwia mi korzystanie z komputera w celach także stricte naukowych). Ludzie całymi dniami przed komputerami pracują. A jeśli nawet nie, to robią mnóstwo innych mniej lub bardziej pożytecznych rzeczy, których jednak nie można jednoznacznie określić jako stratę czasu: czytają gazety, sprawdzają maile, piszą do siebie listy, rozmawiają na przeróżne sposoby za pomocą rozmaitych komunikatorów internetowych...

Ale ja nie robię niczego z tych rzeczy. Niestety, powód dla którego spędzam tu tak wiele czasu jest zupełnie inny. The Sims 2. Wiem to już od dawna, a teraz nadszedł chyba także czas, aby tą wiedzą podzielić się z innymi: ta gra wpływa na mnie tak samo uzależniająco jak Harry Potter. Z tym, że Harry Potter, nawet ten najgrubszy (mam na myśli tom książkowy), kiedyś się wreszcie kończy. Simsy nie kończą się nigdy.
Moje skłonność do uzależnienia od tej gry dała o sobie znać już przy całkowicie pierwszej edycji tej gry, gdy do wyboru było raptem mniej niż 10 działek, na których można było wybudować domy. Pamiętam, moja pierwsza rodzina nazywała się Nowak. Nigdy nie tworzę swojej własnej rodziny, nie bawi mnie tworzenie ludzi - dla mnie prawdziwym wyzwaniem jest wyciąganie ich z ich problemów: zadłużenia, odrzucenia towarzyskiego, niskich zarobków. Problemem była dla mnie pierwsza część jeszcze bez żadnych dodatków - o czym więc mówić, gdy druga część tej gry przyniosła ze sobą aspiracje, cele życiowe, marzenia! Tyle pól rozwoju do popisu! Tak oto gra ta jest w stanie pochłonąć mnie bez reszty, gdy realizuję życiowe marzenia moich Simów, zamiast swoich własnych.

środa, 12 sierpnia 2009

Katharsis.

Obudziłem się w gęstej, ciemnej mgle przypominającej czarne mleko. Powietrze było tak wilgotne i gęste, że nieomal czułem, jak klei mi się do skóry. Tak mocno i ciasno, że krople potu, coraz większe i gęstsze, nie mogą znaleźć sobie miejsca na jej powierzchni. Koszulka, jak i reszta ubrań, stały się już jakby integralną częścią mnie za sprawą potu, brudu, być może zakrzepów. Wokół unosił się niezidentyfikowany, lekki, ale jednak nieprzyjemny zapach. Powietrze stało jak odlane z ołowiu, ale to lepiej, bo instynktownie wyczuwałem, że gdzie indziej śmierdzi dużo bardziej. Na wpół siedząc, na wpół leżąc, wyczuwałem pod palcami gęstą, lepką maź. Moja dłoń leżąc płasko na ziemi do połowy była zanurzona w tej nieokreślonej substancji. Zacząłem lekko poruszać nią w prawo i lewo. Dno zaczęło się rozpraszać lub może to poziom tej gęstej cieczy zaczął się podnosić. Ale moją uwagę przykuło coś całkowicie innego: oleista maź zaczęła mieszać się i lekko fosforyzować. Z początku sporadycznie, jednak im mocniej i bardziej gwałtownie ruszałem dłonią, tym więcej było w niej fosforyzujących punktów. Nie czułem już żadnych zapachów; nie czułem dusznego i ciężkiego powietrza. Cała moja uwaga skupiła się na tej fascynującej cieczy otaczającej mnie dookoła. Czułem, jak mnie nęciła obietnicą niesamowitej świeżości w tym zatrutym, przegniłym miejscu. Powoli zacząłem się w niej zanużać, nie zwracając już uwagi na nic innego, nie słuchając rozsądku, nie myśląc już w ogóle. Poczułem, jak unoszę się w nieokreślonej, oleistej przestrzeni. Jej krańce rozmywały się poza granicami poznania. Wokół mnie unosiły się, krążyły fosforyzujące punkciki. Począłem dłońmi, ramionami, nogami i po chwili jak już jak tylko mogłem zganiać je w jedno miejsce. Świetliste punkty uciekały, były oporne, mimo to jednak udawało mi się je zbijać w coraz większe skupiska. Gdzieś pod grubą warstwą podświadomości czułem niewyraźny, ale bardzo uporczywy sygnał mówiący, że nie powinno mnie tu być; że nie powinienem tego robić; że jak najszybciej powinienem stąd uciekać. Ale nie słuchałem, zafascynowany światełkami w mroku. Światełka poczęły przybierać fantazyjne, intrygujące formy. Czułem w sobie olbrzymi lęk i przemożną chęć ucieczki, mimo to ciekawość była nie do opanowania. Wyciągnąłem dłonie i czułem, jak przenika mnie boski wiatr poznania. Obracałem świetliste formy między palcami i cała moja twarz błyszczała, a wokół unosiły się inne drobinki i nie było nic więcej oprócz ciemnej, oleistej, niekończącej się mazi. Chcąc wiedzieć więcej ścisnąłem moje formy i nagle poczułem, że znowu znajduję się na powierzchni. Całe zaciekawienie, zaintrygowanie, tajemniczość - wszystko to nagle uciekło, zostałem sam i znowu znajdowałem się na dnie śmierdzącej, czarnej mgły, a ciecz pode mną robiła się coraz gęstsza i nie mogłem się ruszyć. I już nie chciałem widzieć więcej. Chciałem jak najszybciej uciec, ale maź mnie trzymała, blokowała mnie. Smród wokół był coraz potężniejszy, a maź była czarna i gęsta, coraz bardziej przypominała gorącą smołę, choć była chłodna. W momencie poczułem, że koniec jest blisko, zmobilizowałem więc wszystkie siły i podniosłem się gwałtownym ruchem, a maź wystrzeliła za mną. Pochwyciła moje kostki i nadgarstki, a z jej wnętrza wystrzeliły świetliste formy, układające się w wyraźne napisy. Słowa zaczęły krążyć wokół mnie, a ja nie szamotałem się już i przyglądałem się im wszystkim po kolei: "samouwielbienie", "megalomania", "lenistwo", "samogwałt", "pseudoakceptacja". Czułem, jak te słowa spadają na mnie, a ja kładłem się coraz niżej i już niewiele widziałem, bo wszystko przesłoniła czarna, oleista mgła. Ciecz otaczała mnie i podnosiła się wciąż wyżej, aż poczułem ją na mojej klatce piersiowej, szyi, podbródku. Nie myśląc już o niczym zatopiłem się w mieszaninie słów i pojęć, by uciec na zawsze.

wtorek, 11 sierpnia 2009

euro ma zielony kolor

Deszcz uchronił mnie przed koszeniem trawy w Bażanowicach, więc pomimo popołudniowej pory cały czas chodzę po domu w piżamie, szczotkując zęby i na zmianę zapalając światło w innych pomieszczeniach.

Niesamowite. Jeszcze tydzień temu o tej porze nie myślałem o niczym innym jak o "jeszcze 15 minut do obiadu...", tą mantrą zaklinając rzeczywistość. Jeśli teraz w Austrii pod Wiedniem też jest taka pogoda, to oni pewnie teraz tak samo myślą tylko o tej jednej rzeczy, a na hali jest szaro, cicho i ponuro. Zapuchnięte oczy i wargi wydymane w bezmyślnym obieraniu, woreczkowaniu, klejeniu...

Sałata. Euro ma zielony smak.