niedziela, 17 października 2010

like a boss

To mała miejscowość na granicy województw. O jej wczesnośredniowiecznym pochodzeniu przypomina zabytkowa, kilkuset letnia karczma na rynku. Jego praprzodek przeprowadził się tu w XVIII wieku za pracą - był jedynym "pisatym" w całym mieście.

Ta historia ma mocno staropolskie korzenie. Dlatego też wydźwięk jej jest mocno staropolski. Podejrzewam, że takie same przyjęcia urodzinowe urządzali szlachcice w swoich dworkach. Cztery dni. Dwa piętra. Pięć pokoi, sala klubowa i bilard.

- Na dole strasznie śmierdzi. Nie wiem o co chodzi. Zupełnie, jakby ktoś w jeden weekend wypalił tam kilkanaście paczek fajek.
- Chyba kilkadziesiąt.


Kiełbasa z kominka. Jajecznica na mocno popołudniowe śniadania. Długie rozmowy o życiu i śmierci. Tak się bawi pan Michał. I wszyscy na jego koszt!

wtorek, 14 września 2010

album

Właśnie wyłączyłem komputer, kiedy moje spojrzenie padło na bardzo stary album ze zdjęciami z czarną okładką, leżący obok na skanerze. Zafascynowany (uwielbiam stare rzeczy!) ostrożnie wziąłem go i położyłem przed sobą. I pomimo, że zdjęcia w większości przedstawiają ludzi i sytuacje których nie znam (lub nie poznaję), to jednak już w pierwszej chwili wiedziałem, do kogo należał.

Nie całe dwa tygodnie temu były jej 77 urodziny. Byłyby, gdyby wciąż żyła.

Pamiętam, jak niedbale skrywając dumę opowiadała mi kiedyś o tym, jak jej własne dzieci powiedziały jej pewnego dnia: "Mamo. Wszystko, co dziś mamy, zawdzięczamy Tobie. Ojciec zawsze był z boku. To Ty jesteś tą, która nas wychowała na takich, jakimi dziś jesteśmy." I następnie szybko i pobieżnie przypominała mi, kim dziś są jej dzieci: dyrektor kopalni, właściciel hurtowni, dentystka, troje inżynierów, doktor nauk przyrodniczych... Nawet nie starała się już ukrywać dumy. A ja wiedziałem, że nie było w tym żadnej pychy, bo wszystko to było szczerą i najprawdziwszą prawdą, na którą ciężko zapracowała.

To ona sprawiła, że nazwisko, które przyjęła po swoim mężu, ma dla nas dziś takie znaczenie. To dzięki niej w naszej rodzinie, od kiedy pamiętam, czuć było coś, o czym się nie mówiło, ale co cały czas trwało: ciche i pewne poczucie dumy z tego, że jest się Kochaniewiczem.

Odeszła od nas wcześniej, niż zabrała ją śmierć. Pozornie niewinne zapalenie płuc zabrało jej ciało. Jej umysł znikał powoli, ale nieubłaganie już wcześniej. Alzheimer. Potężny cios. Niewysłowiona tragedia. Choroba, która zabrała nam wszystko, co było w niej dla nas najważniejsze.

A było co zabierać. Była dla nas autorytetem. Kimś, kto ukształtował nas wszystkich. Nienazwaną i niekwestionowaną głową naszej rodziny. Najniższa z nas wszystkich, zdecydowanie przerastała nas duchem. Nietuzinkowa. Serdeczna, choć taka twarda.

Babcia Zosia. To jej album przypadkowo trafił dziś w moje ręce.

sobota, 4 września 2010

szare chmury

Kiedy chmury są czarne, wszyscy wiedzą czego się spodziewać. Jest to sytuacja niewesoła, ale pewna. Najlepiej, kiedy są wręcz ołowiane. Przy odrobinie szczęścia poruszą może serce któregoś poety i powstanie jeszcze jakiś spóźniony wiersz przed burzą.

Ale chmury uparcie i konsekwentnie nie chcą zmienić koloru. Są gęste, coraz gęstsze - a mimo to wciąż tak przerażająco szare. I nie ma co tu mówić o jakiejkolwiek głębi koloru. Szarość. Deszcz nie przychodzi, tylko ten ciągły wiatr, co porywa poły płaszczów i zgarnia kurz i śmieci. A czuć, że wzbiera. Jak łzy pod opuchniętymi powiekami. Ale w oczach tylko piasek.

Błędy przeszłości, nawet jeśli wybaczone, nie zostają zapomniane. Jak twarde, bardzo gęste kamienie zalegają na dnie duszy. Bezlitośnie przygniatają dobre wspomnienia z epoki jeszcze przed nimi.

Nie oglądaj się za siebie zbyt często. To źle działa na cerę, szczególnie w okolicy oczu.

piątek, 27 sierpnia 2010

Bonobo - Stay The Same

Dużo się ostatnio działo.

Wpierw ten obóz. Ciągła odpowiedzialność, 24 godziny na dobę w pracy. Latanie tu i tam, sprawdzanie wszystkiego, przekazywanie poleceń od jednej osoby do drugiej. I jeszcze raz sprawdzanie, czy wszystko na swoim miejscu, czy wszystko tak jak trzeba i czy wszystkim dobrze. I gdzie można pomóc i jak pomóc i czy pomóc. Prestiż, uznanie, spełnienie. Totalny brak czasu na pierdoły.

I powrót i trzy godziny i zaraz potem znowu wyjazd. I znowu na drugi koniec Polski, jakbym nie przerabiał tej trasy już cztery razy przez ostatnie dwa tygodnie.
A tu już zupełnie inaczej. Spokojnie, odpoczynek, ale bez poczucia marnowanego czasu! Dobra ekipa, powolny czas, słońce, woda i wiatr. I też odpowiedzialność, choć dyskretna - ciche poczucie, że choć to wszystko nie jest moje, to być może jednak kiedyś będzie i muszę o to dbać. Jestem za to odpowiedzialny, jak namiestnik za nie swoje królestwo.

A teraz jestem tu z powrotem i drugi dzień nie mogę się zebrać do żadnej akcji. I nic się nie dzieje. Siedzę wciąż na tyłku, słucham Bonobo i przeglądam foty Greya.

I nie mam wciąż biletu, choć to już dziś wieczorem.
I nie mam wciąż pieniędzy, choć niedługo będę musiał zapłacić i to sporo.
I nie uczę się, choć sesja się zbliża i wiem, że nie będzie lekko.
Może poszukam pracy i rzucę to wszystko na rok?...


Seasons change
it will never be the same
I'm hopin I will stay the same
Reasons strange
Why we always play this games?..


Stojąc nad przepaścią, co lepiej zrobić? Rzucając się w dół praktycznie nie możesz kontrolować swojego ruchu. Po prostu spadasz i to prawie bezpośrednio w dół.
Ale przynajmniej nie będę stał w miejscu.

poniedziałek, 26 lipca 2010

długopis

Sprzed kilku dni.



Brak zachodu słońca zmylił mnie nieco. Zrobiło się trochę późno, za niecałe 15 godzin muszę wstawać.

To będzie mój najważniejszy egzamin w życiu.
Jeszcze nigdy nie wstawałem.

Mój pokój przypomina wysypisko śmieci użytkowych. Wszystko, z czym nie wiem co zrobić, lub nie mam na to siły, znoszę tutaj. Niedługo pewnie będę musiał wystawić ostrzeżenia: "Biohazard". Na wszelki wypadek trzymam okna wciąż uchylone. Tworzą gigantyczną łuskę na połaci południowej ściany.

Nie mam na to siły.

Ostentacyjnie wstaję od biurka i wspinam się po regale. Tam w górze, za nim, ułożyłem sobie legowisko. Z dala od czyjegokolwiek spojrzenia.

Powoli zasypiam, kiedy trzask bramki inspiruje Wielką Myśl. Jak poparzony rzucam się na dół, aby to zapisać.

Oczywiście właśnie teraz nie mogę znaleźć długopisu.